Wprawdze nie wyrzucałam dobrych książek, jedynie jakies sera o historii Rumunii i stare sandały. Ale konkluzja jak ulał pasuje i pozenac się chce wierszem wielkiej damy - Julii Hartwig.
Dziękuje wzytskim, ktorzy czytali. To już koniec mojego pisania. Moze sie spotkamy w Buka? :)
Wahanie nad książką młodego poety
Zdzwi się rano pokojówka
kiedy znajdzie przy łóżku hotelowym tę książkę
bo zapewne zostawię ją tu
skoro moja waliza jest już załadowana po brzegi
Porównuję jednak raz jeszcze ciężar tego tomu
z wagą zawartych w nim wierszy
Jest przecież w swoich próbach rzeczywisty
jeśli mimo czerwcowego upału
uwierzyłam w listopadowy deszcz ze śniegiem
który wygnał go z baru po utracie dziewczyny
i w ten poranek kiedy pojął nagle
jak niewiele znaczy już dla niego rodzinny dom
spakował się więc i odjechał na zawsze
Brał potem przypadkowe prace
żył pośpiesznie i budził się na dnie zniechęcenia
z pragnieniem żeby zasnąć i nie obudzić się już nigdy
i faktów tych nie kradł z pewnością z cudzego życia
ani wierszy z cudzych wierszy
Czy to nie dość by zachować jego książkę?
Porzucanie nie było z resztą nigdy moją mocną stroną
wszystko co napotykam noszę w sobie
jak depozyt czekający na zapóźnionego właściciela
Być może racja jest po stronie tych
którzy bez trudu uwalniają się od wszystkiego co zbędne
i dążą wprost do wytyczonego celu
Im zapewne wahani moje wydadzą się po prostu śmieszne
sobota, 13 października 2012
środa, 26 września 2012
cos na ksztalt podsumowania
Są osoby, które swoim spojrzeniem nadają sens temu, na co patrzą. Ich podróże są zawsze kompletne i udane. Mogą pojechać do Paryża i zobaczyć tylko Mona Lise, ale są niczym pielgrzymujący do niej Herbert. Mogą westchnąć tylko "Ach wiesz, sierpień w Paryżu" i juz ich widzisz z jakąś reinkarnacja Sartre'a i Beavouir na kawie. Mogą wreszcie powiedzieć "nienawidzę Paryża" i to tak jakby pogarda dla miasta była najlepszym wyznacznikiem własnej wspaniałości. Nieważne, więc co widzą i gdzie, zawsze karmi to ich wizerunek.
Ja jednak musze próbować zobaczyć NAPRAWDE, zastanowić sie, ponegocjowac ze soba i miejscem. Znaleźć jakąś opinie. Być może w tym szukaniu staram się nie tyle oddać sprawiedliwość, co polubić. Jakby zalety miasta miały w jakiś cudowny sposób nadać głębi i mnie.
Bukareszt.
Jaki jest Bukareszt poskładany z trzech miesięcy zwyczajności i upałów?
Lubię w tym mieście jego zgrzebną, swojską zwyczajność i smutną szarość miejsca poturbowanego przez historie. Lubię ją, bo znam ja z Warszawy.
Lubię rumuński styl narodowy w architekturze, nie do podrobienia. Lubię paryska i wiedeńską secesje, która tu zawitała. Nie zawsze lubię to w jak zniszczonym i zaniedbanym wydaniu się tu prezentuje.
Uwielbiam starówkę z milionem uroczych knajpek. Z tej miłości lubię nawet te snobistyczne i nudne. Z pewnym trudem nawet tę, do której nie wpuścili nas na party, bo znajomy ze Stanow miał krótkie spodenki.
Nie lubię tylko tych gdzie obsługa jest szczególnie niemiła, co niestety sie tu zdarza.
Za to lubię fakt ze, jaka by nie była, zazwyczaj mówi po angielsku.
No i oczywiście kocham te pania od pomidorow na targu. I mlodą dziewczynę z cukierni obok bloku, która pochwaliła trzy słowa, które potrafię wydukać po rumuńsku i taktownie przesla na angielski. Sama cukiernie tez darze ciepłymi uczuciami ze względu na tanie ciastka i świetną bita śmietanę.
Nie lubię brzydoty blokow, która nie zna granic państw i tak samo straszy tu jak wszędzie indziej.
Nie lubię parlamentu, co stoi na w miejscu gdzie była starówka. Lubię tanie taksówki, ale nie lubię ze zawsze można sie natknąć na oszusta i taksówka nagle juz nie jest tania.
Lubię metro (liczba linii zawstydza Warszawę okrutnie), ale nie lubię ze po 23 juz nie jeździ.
Nie lubię biedy, która czasem wyziera z podwórek tuz obok centrum. Uwielbiam za to drobnych sprzedawców, którzy pewnie tak sie kłębią w pewnym związku z owa bieda.
Lubię tez piękne, bukaresztańskie parki. I ciężkie drewniane ławki z metalowymi zdobieniami. Lubię fakt ze w parku Harastrau wykręcona z nich wszystkie herby Bukaresztu ( i pewnie sprzedano na złom), ale ze w moim ulubionym parku Cismigiu zachowały się wszystkie.
I lubię żołnierzy w Parku Karola, którzy stoją na warcie przy pomniku poświeconym ofiarom I i II wojny światowej i są taaaaacy znudzeni, ze gadają ze sobą i drapią się po głowie jakby stali przed kioskiem.
Lubię to, ze nawet sie nie zdziwiłam jakoś specjalnie, kiedy w tym parku właśnie przebiegł obok mnie zupełnie nagi sześciolatek. To w prawdzie zakazane, ale zażywał sobie spokojnie kąpieli w stawie u stop pomnika. A co.
Lubię wśród blokow nagle wypatrzyć stara cerkiew gdzie świat sie zatrzymuje.
Nie lubię tłoku i popękanych płyt chodnikowych na piata unirii. Nie lubię psów, które oszczekują samochody nocą. I szczura, który przebiegł mi drogę, kiedy wychodziłam z kafejki internetowej. Ze wszystkim zwierząt Bukaresztu lubię jedynie pawie z parku i spokojne blokowe koty.
Nie lubię upałów lipca, ale uwielbiam ciepło września.
Lubię to ze dzięki koncertowi Mari Raducanu szlagier sous le ciel de paris będzie mi sie juz zawsze kojarzył z "małym Paryżem" - Bukaresztem. I to ze Bucuresti tak ładnie szepczaco brzmi po rumuńsku.
Nie lubię ze nie można sie tu dostać tanio i szybko. Będzie wiec musiał Bukareszt długo na mnie czekać, kiedy opuszczę go dla Warszawy.
poniedziałek, 24 września 2012
niewymierna cena honoru
Z tych wszystkich ważnych naszych polityków,
którym rumuński rząd mniej lub bardziej pomógł, a przynajmniej nie przeszkadzał
uciekać, jeden został w Rumunii. Minister spraw zagranicznych - Jozef Beck.
W czasie wspominanej juz konferencji o polskim zlocie, wywiązała sie nawet dość gorąca dyskusja czy był to minister zły, fatalny czy nie az tak. I czy to Rumunii juz nie mogli go wypuścić czy Polacy nie chcieli. a może angielski wywiad?Historycy dyskutowali, a moje myśli wędrowały coraz dalej i dwutorowo. Został w Rumunii. Ale do kiedy?
otóż, w pewnym sensie do końca. W 1944 zmarł na gruźlicę i został pochowany na cmentarzu bellu w Bukareszcie (rumuński odpowiednik Powązek). Na cmentarz Powązkowski jego prochy przeniesiono w 1991.http://www.flickr.com/photos/22147242@N02/3719983306/
W czasie internowania zajmował sie spisywaniem pamiętników i modelarstwem. Modelarstwem? Pamiętnikami? Ten człowiek, o którym nie wiem nic w porównaniu z tymi historykami. I którego polityki nie chce nawet oceniać. Ale którego dumne słowa utkwiły mi w pamięci tak mocno, choć przeczytałam je po raz pierwszy w podręczniku do historii jeszcze w gimnazjum.
W czasie wspominanej juz konferencji o polskim zlocie, wywiązała sie nawet dość gorąca dyskusja czy był to minister zły, fatalny czy nie az tak. I czy to Rumunii juz nie mogli go wypuścić czy Polacy nie chcieli. a może angielski wywiad?Historycy dyskutowali, a moje myśli wędrowały coraz dalej i dwutorowo. Został w Rumunii. Ale do kiedy?
otóż, w pewnym sensie do końca. W 1944 zmarł na gruźlicę i został pochowany na cmentarzu bellu w Bukareszcie (rumuński odpowiednik Powązek). Na cmentarz Powązkowski jego prochy przeniesiono w 1991.http://www.flickr.com/photos/22147242@N02/3719983306/
W czasie internowania zajmował sie spisywaniem pamiętników i modelarstwem. Modelarstwem? Pamiętnikami? Ten człowiek, o którym nie wiem nic w porównaniu z tymi historykami. I którego polityki nie chce nawet oceniać. Ale którego dumne słowa utkwiły mi w pamięci tak mocno, choć przeczytałam je po raz pierwszy w podręczniku do historii jeszcze w gimnazjum.
"Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor."
piątek, 21 września 2012
golabki nazywaja sie sarmale i sa z Turcji
Bukareszt jest jakby zawiala go polska jesien. Zimno, pada. Psy maja mokre futra i smutne oczy. Idealny dzien na ciepla ciorba de burta. I pare slow o rumunskiej kuchni.
Kuchnia ta w charakterze przypomina polska, pozywna jest ona,
zawiesista, raczej miesna i powazna. Na niedzielny obiadek dostaniesz
kotlecik i ziemniaczki. Nawet mozesz je dostac w akompaniamencie
buraczkow. A jednak roznica lezy w detalach. Wiecej tu papryki, cukinii,
baklazana (doskonalego, prazonego). Troche jest bardziej
srodziemnomorsko, troche czasem turecko. Z tureckiego z reszta nazwa
zupy - ciorba. Jeden z popularniejszych rodzajow przypomina polskie
flaczki. Z Turcji pochodzi tez danie uwazane za jedna s tradycyjnych
potraw czyli sarmale. A te sarmale to nic innego jak nasze golabki,
tylko mniejsze i czesto w lisciach winogron zamiast kapusty.
Czyms so sie nieodlacznie z Rumunia kojarzy na pewno jest tez mamalyga.
Papka z kaszy kukurydzianej, pozywna, kleista, bez wyraznego smaku.
Podawana zamiast ziemniakow. I nie taka latwa do ugotowania. Kasze
trzeba wrzucic na gotujaco sie wode w idelanym momencie. Ja sie nie
odwazylam sprobowac.
Madre rumunskie prawo pozwala pedzic alkohol na wlasny uzytek wiec na wsi poczestuja was wlasna tuica lub palinca. A
nawet w miescie udalo mi sie dostac wspaniala domowa wisniowke.
Prawdziwa finezje jednak odnalezc mozna w winach. Nawet za dosc
studenckie ceny raczyc tu sie mozna winami ktorych nie powstydzilyby sie
Wlochy i Francja. Ja najbardziej lubie Cotnari i Murfatlar. Zwlaszcza biale.
Jednak mimo tej milosci do wina Bukareszt kojarzyc mi sie juz zawsze
bedzie z lemoniada. Lemoniada w Polsce to nie jest to. Absolutnie. Tylko
tu podaje sie ja najczesniej w politrowych dbanuszkach i ze slomka. Mocno
lub mniej kwasna, z mieta, slodzona cukrem badz miodem. Orzezwiajaca i
doskonala.
Choc dla sprawiedliwosci napisac musze, ze bylam tu w bardzo dobrej herbaciarni to ogolna konkluzja jest taka ze...Rumunii nie kochaja czarnej herbaty, ani herbaty wogole chyba.Kojarzy
sie wielu z chorowaniem a nie populudniowym napojem. Czasem nawet w
barze czy osiedlowym sklepiku nie dostaniesz zwyklego earl greya. Za to
wybor herbat ziolowych w markecie przypomina polskie zielarskie. Uwaga.
Do tych ziolowych herbat zalicza sie tez tania i pyszna lawendowa.
Bukareszt, jak na stolice przystalo oferuje niemal wszytskie kuchnie
swiata. Najpopularniejsze sa tu chyba jednak restauracje wloskie. I
pizza w Rumunii duzo bardziej przypomina wloska, niz ta w Polsce. Dosc
ciekawie jak na miejsce tyle lat pod panowaniem tureckim, nie znajdziesz
tu zbyt wielu tureckich kebabow a la Warszawa. Juz predzej libanska
albo egipska shoarme.No i precle - covrigi. Sadzac po
popularnosci, to jest jakies narodowe danie. Na kazdym rogu jest
covrigarie, a w niej precelki w wersajch bazowych z makiem lub sezamem i
jakas odmiana na slodko. Najczesciej z rodzynkami. A w moim ulubionym
miejscu z miodem i orzeszkami.W takiej covrigigarni na ogol kupisz tez kefir do popicia i juz szybka przegryzka gotowa.
niedziela, 16 września 2012
synagoga w ktorej nie wznosi sie juz modlow do Jahwe
Zeby wejsc do Muzuem Zydow Rumunskich trzeba nacisnac dzwonek i poczekac az drzwi otworzy starszy pan ochroniarz. Potem trzeba pokazac dowod lub paszport i zostac spisanym z imienia, nazwiska i narodowsci w wielkim zeszycie. Zeszyt miesci sie kanciapie, ktorej sciany sa obklejone plakatami z golymi babami, jak w jakim stereotypowym warsztacie samochodowym. Ale wystarczy przekroczyc prog synagogi, by powaga wrocila. I cisza.
Synagoga jest jasna i piekna, i az szkoda ze nie jest domem modlitwy. Zamiast tego sa plansze (rumunski, angielski) i historia od sredniowiecza do II wojny swiatowej. Spolecznosc rumunska bardzo ucierpiala, kiedy Rumunia przystapila do panstw Osi. Wprowadzono wtedy ustawy wzorowane na norymberskim, wiele osob zginelo w pogromach i obozach pracy. Z tej czesci Siemdiogrodu, ktora po arbitrazu wiedenskim znalazla sie pod zwierzchnoscia wegierska zdarzaly sie deportacje do obozow smierci na terenie Polski.
Wiecej szczegolow mozna uslyszec od pani przewodnik, milej starszej kobiety w okularach. A jak bylo po wojnie? "Duzo wyjechalo, glownie do Izraela. A zycie bylo normalne, mozna bylo studiowac. Ja jestem chemikiem, pracowalam w laboratorium. Teraz jest nas bardzo bardzo malo. Ale mamy tutaj teatr, dziala pare synagog i stowarzyszenie mlodych. Duzo osob niereligijnych tez przychodzi. Na tance czy cos"
sobota, 15 września 2012
salvarea auruli polonez (ratowanie polskiego zlota)
Taki tytuł nosiło
sympozjum zorganizowane przez Narodowy Bank Rumunii we wspolpracy z ambasada
polska w Bukareszcie. A dotyczyło ono faktów pewnie zbyt malo znanych przeciętnemu
Polakowi. Zanim wiec książkę o tych wydarzeniach przetłumaczą na polski, a TVP
sfinansuje film dokumentalny, pokrótce opowiem.
Zasoby polskiego złota
z Narodowego Banku Polskiego zdecydowano sie wywieźć z kraju juz 9 września. 12tego
złoto rozpoczęło wędrówkę do portu w Konstancy, skąd miało popłynąć najpierw do
Turcji. Docenić należy nie tylko fakt ze Rumunia pomogła w organizacji i
zabezpieczeniu transportu (za darmo!), ale ze w ogóle sie na niego zgodziła. Wszystko
musiało odbyć sie w pełnej konspiracji. Rumunia pełna byla niemieckich szpiegów,
a jej ogłoszona 3ego września neutralność, zabezpieczona życzliwością wobec
Rzeszy i dostawami ropy. Niemiecki ambasador Fabricus dowiedział się o
transporcie, ale nie znal szczegółów. Grozili poważnymi konsekwencjami za to
rzekome pogwałcenie neutralności, ale premier Gafencu zaprzeczali, ze taki
transport się odbywa i pomagał dalej.
Lwia część polskiego złota
rozpoczęła wiec fascynującą wędrówkę do Afryki Poln, potem Francji, WB, USA (odsyłam
do pracy prof. Rojka z UJ - "Odyseja polskiego złota"). Niewielka część,
która została w Rumunii, strzeżona była jak własna i w 1940 razem z rumuńskim
zlotem ukryta w jaskini nieopodal klasztoru Tamis.
Tymczasem sytuacja
polityczna Rumunii ulegała przetasowaniom. Początkowo neutralna, w 1940 Rumunia
przystąpiła do wojny po stronie państw Osi, a niedługo potem autorytarne rządy rozpoczął
gen. Antonescu. Ustępstwa wobec Rzeszy nie uchroniły jednak Rumunii przed
stratami terytorialnymi - Besarabii i części Bukowiny (na rzecz ZSRR) oraz części
Siedmiogrodu (na rzecz Węgier). Te wydarzenia oraz koszt walk pod Stalingradem przygotowały
grunt pod kolejna zmianę - obalono Antonescu, a Rumunia przystąpiła do walki po
stronie aliantow (1944). Cały ten czas polskie złoto leżało zamurowane w jaskini,
a w 1947 wróciło do Polski bez kompensacji.
kwoli scislosci
Nie było postów długo, gdyż zalałam komputer moj
lawendowa herbata. Negocjacje w sprawie wykupu duszy laptopa z lawendowego raju
trwają juz ponad tydzień i na razie koszt sięgnął 400 leji, a może sie zwiększyć.
Wszelkie datki na rzecz laptopa autorki sa wiec mile widziane. Na razie pisze z
kawiarenki internetowej, gdzie dwa stanowiska dalej jakiś kolo z tatuażem właśnie
zapalił papierosa i zaciąga sie z lubością. Co kawiarenka to kawiarenka.
piątek, 7 września 2012
mężczyzna z wagą
Postanowiłam pójść na piechotę z pracy do domu, zamiast jak zwykle metrem. Trochę nie do końca doszłam tam gdzie chciałam, ale to nawet dobrze, ponieważ dzięki temu zobaczyłam coś, co przebiło naprawiczy zamków błyskawicznych.
Pan z fizjonomii i zmęcznia życiem przypominał trochę Michela Houellebecqa. Siedział na krzesełku, a obok stała waga, taka stara lekarska, która ma też miarkę do mierzenia wzrostu. No więc pan był... no czym był? Brombą chyba.
W okolicy oprócz poznania wzrostu i wagi można było jeszcze kupić ryby (jedna skrzynka, ryby, lód), salate, rodzkiewki, cukinie, skarpetki biale oraz czekolady niemieckie sprzedawane w promocji jeśli kupi się trzy sztuki.
poniedziałek, 3 września 2012
czuj się jak u siebie w domu, tylko bardziej
Zaczyna się jak zawsze, od małego świata. Koleżanka ze
studiów poznała dziewczynę z Rumunii na letniej szkole w Krakowie. Ja
bezczelnie powołując się na tę znajomość zażądałam anegdotek o mieście przy
wspólnej lemoniadzie. N. okazała się wspaniałą przewodniczką i po dwóch
spotkaniach zdążyłam się nawet stęsknić, kiedy wyjechała na wieś do babci, a
potem do Wiednia.
N. zadzwoniła z zaproszeniem na „małe spotkanie” w nowym
mieszkaniu, gdzie właśnie wprowadziła się z siostrą i „nawet jeszcze nie ma
wszystkich mebli”, ale „będzie tak miło” jeśli wpadnę. Miało być tylko parę
innych osób i „nie, nie, nic nie przynoś”. Najpierw miałyśmy się spotkać o 14,
potem przełożyła na 17. „Ale nie martw się jakbyśmy się zasiedziały to moja
mama Cie odwiezie”. „Bez przesady” pomyślałam i jednocześnie „jak miło”, i te
dwie myśli towarzyszyły mi już cały wieczór. Bowiem coś co wyobrażałam sobie
jako niezobowiązujące spotkanie paru osób przy winie, którym nawet współczułam,
że będą musiały owe osoby po angielsku zamiast po rumuńsku rozmawiać, okazało się ucztą
prawdziwą, przy białym obrusie i świeczkach. Ale po kolei.
Ostatecznie byłam tylko ja, N., jej siostra, koleżanka,
którą poznałam już wcześniej, a na zapleczu i tylko przez moment z nami – mama N.,
królowa kuchni, mistrzyni aprowizacji, pani drugiego planu, a no koniec i
szofer. Najpierw była domowa wiśnióweczka na trawienie a potem najtrudniejsze
pytanie świata czyli wybór między białym a czerwonym winem. Następnie na stół
wjechały przysmaki w dużej części przywiezione przez mamę N. samochodem, z
domu, bo kuchnie w nowym miejscu zamontowali dopiero noc wcześniej. Tradycyjne
wędliny i salami ( „z Twojego ulubionego Sibiu”), równie tradycyjny ser w
asyście oliwek i ogórków, sałatka z buraczków z chrzanem („bo podobne jadłam w
Polsce”), pieczarki nadziewane, zapiekane, papryka nadziewana serkiem ze szczypiorkiem
i cebulką i (mój faworyt) pomidor nadziewany bakłażanem.
I najlepsze w tym jest to, że to były przystawki. Mama
zniknęła przywieźć dostawę, a my oglądałyśmy zdjęcia z Wiednia, secesyjne
widoczki popijając winem.
Głównym daniem był kotlecik do złudzenia przypominający
polski schabowy, fenomenalne puree i genialna sałatka z podsmażonej papryki. A gwoździem
programu deser – owoce, dwa domowe
ciasta i kokosowe lody (te ostatnie kupione, ufffffffffff), na popitkę i do
toastu – szampan. Było za co pić, bo nowe mieszkanie, i jak się okazało, za
urodziny N., które były trzy dni temu. Ale co tu dużo mówić, jak powiedziała
D. (siostra) – to Ty, Marta jesteś
gwiazdą wieczoru, to dla Ciebie cała ta tradycja, prosimy zobacz, spróbuj.
Oczywiście byłam wręcz wzruszona, ale jednocześnie nie było
w tym nic sztucznego czy krępującego. Serdeczność była wielka i prawdziwa,
atmosfera domowa, rozmowa swobodna. Słuchaczki tak wdzięczne, że na proste
pytanie „czy wy tam w Polsce jesteście tacy religijni?” zamiast skromnie
spuścić oczy, odpowiedziałam całym wykładem o różnicy między miastem a wsią,
kościołem łagiewnickim i kościołem toruńskim. Do tego wszystkiego nasłuchałam
się tylu pozytywnych opinii o Polsce i Polakach, że musiałam opowiedzieć o paru
negatywnych stereotypach dla zachowania kosmicznej równowagi.
Gadałyśmy tak do pierwszej prawie, mama N. odwiozła mnie pod
sam blok i odprowadziła do drzwi na wypadek gdyby na trzech metrach napadła
mnie sfora psów albo nie wiem co. Jeszcze nigdy nie żałowałam tak bardzo, że
nic poza „dziękuje” nie powiem po rumuńsku i nigdy tak serdecznie nie
ucałowałam w oba policzki, osoby parę godzin wcześniej całkiem obcej.
sobota, 1 września 2012
z informacji przydatnych: gdzie naprawić zamek błyskawiczny
Drobny handel i rzemiosło.
Może usługi? Rzemiosło brzmi okrutnie staroświecko.
Może usługi? Rzemiosło brzmi okrutnie staroświecko.
Ale może właśnie takie to jest?
Ulicą Constantin Rădulescu – Motru (filozof, socjolog,
psycholog, dramatopisarz, polityk i kto wie co jeszcze) idę do metra. Po drodze
jest mój ukochany targ z warzywami i owocami, ale nim się do niego dojdzie
trzeba lawirować między gęsto ustawionymi samochodami i … sprzedającymi. Czasem
to jest tylko babcia, krzesełko i parę pęczków pietruszki. Czasem jeszcze
siatka z orzechami włoskimi i czarne od nich ręce. Pan w wieku średnim ma
stragan w bagażniku samochodu, raz pomidory raz papryka. Jest jeszcze
bardziej profesjonalna budka z arbuzami i bandą znudzonych smarkaczy. I pan, który
naprawia klucze. Ma stanowisko z daszkiem zaraz przy wejściu na targ.
Po drodze jeszcze dwie stateczne panie (chustki na głowie) z kwiatami, choć
niedaleko jest kwiaciarnia. Przy wejściu do metra, na murku, zawsze coś innego.
A to orzechy, a to koszule, a to para znoszonych butów, czasem książki. Książki z resztą
wpędzają mnie w depresję. Gdybym tylko znała rumuński! Na każdym rogu ktoś
czeka z literaturą, i oprócz zwyczajowych harlequinów mnóstwo tam europejskiej
klasyki. Raz wpadł mi w oczy „Profesor Wilczur”. Międzynarodowa kariera
Dołęgi-Mostowicza jest chyba jednym z wielkich nieobecnych w dyskusji o
polskiej literaturze zagranicą.
W blokach które się kłębią wokół stacji metra Obor wyjątkowo
często psują się zamki błyskawiczne. Tak przynajmniej tłumaczyć można fakt, że
zaraz przy wejściu z metra (mijamy tylko pana głośno zachwalającego skarpetki
białe „marki” adidas i dwie małe kwiaciarnie), stoją aż trzy stanowiska naprawiaczy
zamków. Składają się one z 1)naprawiacza płci męskiej 2)stolika 3)krzesełka
4)pudełka z zamkami. Nie sprawdzałam, ale obawiam się że na tak małej
przestrzeni musi istnieć zmowa cenowa.
No i jest wreszcie pan w słomkowym kapeluszu i okularach,
który pojawia się tylko raz na jakiś czas. Zawsze mam nadzieję, że dzisiaj będzie,
choć nawet nie wiem dokładnie jak wygląda jego twarz. Coś jest w nim takiego,
że nie chciałabym zawracać mu głowy bez jasnej intencji zakupu.
Rozkłada swój mały stolik w zacienionym miejscu, między
dwoma kioskami i za przystankiem autobusowym. Sprzedaje jeden typ kolczyków (w
kolorze złotym lub srebrnym), pierścionki, łańcuszki i okulary. Zawsze albo go
nie ma (ale czuć, że czuwa) albo ma czymś zajęte ręce.
środa, 29 sierpnia 2012
trochę rumuńskiej mądrości ludowej u progu jesieni (?)
Dziewczyna z Piteszti
-Ej różyczko ty z Piteszti,
pięknaś, wiesz ty?
Białaś, wiesz ty?
Jak ty żyjesz powiedz przecie!
-Dobrze żyć mi na tym świecie,
bo każdemu kogo spotkam,
buzi daje bom ja słodka.
O kochaniu mówie z cicha
i nikogo nie odpycham.
Ej różyczko ty z Piteszti
pięknaś, wiesz ty?
Białaś, wiesz ty?
Czy nie boisz się starości?
Będę stara, będę pościć.
Ale pókiem młoda jeszcze,
niech ja się z wszystkimi pieszczę.
Boć jednego kochać - gorzej
bo ten jeden odejść może.
Ps. Przekład: J. Ficowski
wtorek, 28 sierpnia 2012
gdzie jest Warszawa?
Te dzielnice polecała zwiedzić znajoma znajomej, bo ładne
wille. Potem popatrzyłam na mapę i trochę jakbym zobaczyła Saską Kępę, tylko
zamiast nazw państw ulice nazwano jak miasta. Ale z jaką fantazją! Jakiś
geniusz w tym nazywaniu postanowił nagiąć racje geografii wg tylko mu znanego
klucza. Tak więc z Brazylijskiej można przejść do Brukseli, z Brukseli do
Waszyngtonu, a to już tylko krok do Rzymu. Na dodatek wśród ocienionych willi
wiele jest ambasad, które sobie nic nie robią z tego w jakim są mieście.
Ambasada Portugalii bezczelnie stoi na Paryskiej, a Norwegii na Ateńskiej.
Wreszcie Warszawska znalazła się sama. Jest mała i
przytulna, secesje godzi z modernizmem, w najładniejszym budynku jest klinika
dentystyczna. Ku potencjalnej uciesze rodaków dodam, że krzyżuje się nie tylko
z Londyńską, ale i Paryską!
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Cyrk must go on!
21 sierpnia rumuński Trybunał
Konstytucyjny uznał referendum, które miało zdjąć z urzędu prezydenta Basescu,
za nieważne ze względu na niespełnienie wymogu frekwencji. Prezydent wróci więc
do sprawowania obowiązków. Premier uznał, że głosowanie w trybunale było
polityczne a jego wyrok niezgodny z wymogami demokracji i wolą Rumunów, ale nie
może zrobić nic innego niż podporządkować się decyzji trybunału. W trakcie i po
głosowaniu odbyły się protesty przeciw prezydentowi Basescu.
Wśród sześciu sędziów głosujących
za unieważnieniem referendum, znalazła się sędzina Aspazia Cojocaru nominowana
przez PSD – partię, z której wywodzi się premier. Sędzina ostro zareagowała na
potępiające wypowiedzi członków koalicji rządzącej – „Jeśli nie było wystarczającej
frekwencji, co mogłam zrobić? Spytajcie
moich studentów, jeśli ktokolwiek powie inaczej, dajcie mi znać. Gdzie jest
problem, skoro nie było frekwencji? Nie chce iść do więzienia, nie wolno łamać
prawa! Co to znaczy gdy pan Predescu [jeden z trzech sędziów, który uznał referendum
za wiążące] mówi, że „walczyliśmy ze wszystkich sił”? Niech walczy dalej sam,
ja nie będę łamać prawa!”
Komisja Europejska oraz
Europejska Partia Ludowa wezwały do podporządkowania się decyzji trybunału i
wyraziły nadzieje, że kryzys polityczny się zakończy. Leja minimalnie umocniła
się w stosunku do euro.
Nikt jednak nie spodziewa się, że
prezydent i rząd zaczną współpracować w pełnej harmonii. Listopadowe wybory do
parlamentu z pewnością zaostrzą polityczną walkę. Mandat prezydenta wygasa
dopiero w 2014 roku.
źródła:
http://www.nineoclock.ro/traian-basescu-returns-to-office-after-referendum-invalidated/
http://www.economist.com/node/21560922
niedziela, 26 sierpnia 2012
nie chciałabym wyciągać zbyt daleko idących wniosków, ale...
Wynajmuje przyjemne mieszkanie w
szkaradnym bloczku, który stoi wśród innych szkaradnych bloczków przypominając o
upiornym pokrewieństwie tego typu budownictwa w całej Europie. Bloczek ma standardowe
skrzynki pocztowe, tablice ogłoszeń i zsyp. Oraz ławkę z babciami przy wejściu,
którym grzecznie mówię dzień dobry (niemalże wyczerpując tym samym moją
znajomość rumuńskiego).
Pytam wczoraj dziewczyny, od
której to mieszkanie wynajmuję czy może mi dać kluczyk do skrzynki na listy. A
ona to że nie ma kluczyka, że po prostu otwarte jest.
Zdębiałam.
Na co ona: no ale przecież co tam
może być, rachunki i reklamy.
Racja, rachunki i reklamy. I
pocztówka dla mnie z Berlina. Kilka słów od przyjaciółki. Uśmiech, którym po
prostu nikt poza mną nie był zainteresowany.
czwartek, 23 sierpnia 2012
Dați un leu... to pójdę znowu.
Byłam wczoraj na koncercie w
filharmonii. Nie powiem jak grali Beethovena, bo nie umiem pisać o muzyce. W
każdym razie, nie więcej niż – taaaaaaaak, pięęęęęęęęknie.
Mogę za to powiedzieć jak
wyglądała orkiestra, a wyglądała atrakcyjnie. Każda z pań miała inny kolor
oszałamiającej sukni, a panowie, choć karnie odziani w czarne koszule, zainwestowali każdy w
inny kolor muszki. Średnia wieku oscylowała wokół trzydziestki i to tylko
dlatego, że zawyżał ją siwy dyrygent. Słowem: intensywnie szukałam męża i nie mogłam się
zdecydować czy skrzypek czy kontrabasista.
Dyrygent prowadził orkiestrę
niczym odważny kapitan, a jednocześnie jak kapryśny bóg mórz, który raz po raz wznieca
burzę a potem uspokaja wody, bo nie może się zdecydować czy bardziej podobają
mu się spiętrzone fale czy lekka bryza.
Publiczność nagradzała orkiestrę
wielkimi brawami, a atmosfera była bardzo familiarna mimo strojności miejsca i pewnej
powagi sytuacji. Tak familiarna, że pani dwa rzędy przede mną w czasie przerwy
rozwiązywała krzyżówkę.
Z resztą Rumuni mają dobry powód,
żeby w imponującym budynku Rumuńskiego Ateneum czuć się jak u siebie, mimo
wszystkich jego marmurów i zdobień. Budowa tego budynku została w dużej mierze sfinansowana
w postaci narodowej zrzutki pod hasłem: Dați un leu pentru Ateneu (podaruj
jeden lej na Ateneum).
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
"Donosy rzeczywistości"
W Rumunii
u rumuńskiej fryzjerki
w rumuńskim salonie kosmetycznym
włosy
obciełam
dobrze
niż Warszawie
taniej
znacznie
u rumuńskiej fryzjerki
w rumuńskim salonie kosmetycznym
włosy
obciełam
dobrze
niż Warszawie
taniej
znacznie
niedziela, 19 sierpnia 2012
Polaku strzeż się. Zapytać mogą wszędzie.
Siedzimy na ławce na starówce.
Cztery trochę zmęczone dziewczyny z Polski. Jest około godziny 19.
Facet ma pewnie ok.50 i siwą
skroń. Koszula czarna, rozpięta do połowy.
Nagle pada pierwsze pytanie. Po
angielsku. Pan pyta czy my mamy takie ulice u nas w kraju? My patrzymy na bruk
pod stopami z mieszkanką tępoty i niedowierzania. No, tak, yyyyy, no mamy. A
skąd jesteśmy? Z Polski jesteśmy!
To było pierwsze i ostatnie
szablonowe pytanie.
1798, rok
pomyłki wieszcz wybaczy.
Honor uratowany.
Wtedy pan-czarna koszula-a skroń
siwa mówi: Prus… I zawiesza głos, i zimny pot nas oblewa, no bo bez przesady
nikt nie wie kiedy się urodził Prus! Całe szczęście pan pyta o imię. To wiemy.
Wiemy też kim jest Andrzej Wajda,
a nawet kto to Zbyszek Cybulski. I że zginął pod pociągiem. I tak, był
przystojny, miał to coś, tak, mimo okularów.
Pan w czerni i siwiźnie mówi w
końcu, że on jest profesorem literatury, że dlatego wie. I że nam dziękuje za
rozmowę, do widzenia. Szeroki uśmiech. Szarmancki półukłon.
Siedzimy na ławce na starówce.
Cztery trochę zmęczone dziewczyny z Polski. Wciąż jest w sumie około godziny 19.
czwartek, 16 sierpnia 2012
Ile sie buli za grób Draculi.
Po długich naradach okazuje się, że taniej będzie z motorówką. Zawiozą nas, kiedy będziemy chcieli wracać - zadzwonimy to przypłyną. Łódkowy monopolista ma za małą motorówkę, żeby naszą grupkę (7 osob - Rumunia, Polska, Niemcy i Holandia) zabrać na raz. Oferują się jego znajomi z wiekszą motorówką. Wprawdzie nie pływają za pieniądze, ale czego sie nie robi dla gości z zagranicy!
Trochę słaby angielski nie przeszkadza woli rozmowy, więc podróż jest przyjemna. "O tu patrzcie, tu stoi rezydencja, gdzie mieszkał Ceausescu. Wiecie kto to to był Ceausescu? Taki jakby nasz ... prezydent." Już chce protestować, że wogóle wszytsko wiem o dyktatorze i skrzywdzonym ludzie, ale przecież wymądrzanie się nie sprzyja budowaniu przyjaźni między narodami. Uśmiecham się tylko, patrze na biały budynek majaczący w oddali. Potem doczytam, że tu własnie schronili się Nicolae i Elena w 89. Zostali tu dwa dni, po naradach z zaufanymi osobami zaczęli uciekać. Najpier w helikopterem, potem samochodem. Złapali ich w drodze na Targoviste. Potem był krótki proces i rozstrzelanie, wszystko dosłowne, szarobure i zgrzebne. Teraz można to obejrzeć na youtube.
***
Zanim wchodzimy do cerkwi musimy jeszcze stoczyć bój z ochroniarzem. Za w ogóle wejście na wyspę należy się 15 leji. Po długich, ale niemrawych negocjacjach, wystarczy dowolna ofiara do puszki w cerkwi. Tylko zdjęć nie można robić, bo to już wogóle kosztuje, najlepiej w euro.
Cerkiew jest cała pokryta malowidłami i bardzo piękna. Jasna płyta nagrobna jest tak mała, że można by jej wogóle nie zauważyć gdyby nie ustylizowany na kielich znicz i mały portret Włada. Żadnej grozy. Cisza, spokój, leniwość.
Wyspa równie spokojna co cerkiew. Dużo pięknych zadbanych wilii z ogrodami, parę biedniejszych zagród, wpatrzone w wieczność babcie w chustach na głowie, trzy sklepy.
***
Dzwonimy po motorówkę, żeby nas zabrali. Okazuje się, że byli tu wcześniej, bo wcale nie wiedzieli że mają czekać na telefon. Nawet sie martwili ze nas nie ma. No ale paliwo jest drogie, troche by trzeba dopłacić za taki podwójny kurs. Wyłudzenie czy nieporozumienie? Niemiec wciska przewoźnikowi 50 leji, "it's ok, my friend, it's ok". Ten tłumaczy: "Nie chcemy żebyscie myśleli o nas źle. Nie chcemy żeby obcokrajowcy myśleli że Rumuni są jak Cyganie. To nie nasza wina, znaczy nasza, znaczy... To rząd ustala takie wysokie podatki"
wtorek, 14 sierpnia 2012
niedziela, 12 sierpnia 2012
Geniusz Karpat po raz drugi. Palatul Parlamentului.
Pałacu Parlamentu postanowiłam z
zasady nie lubić. W imię solidarności z ludźmi, którzy musieli wyprowadzić się
ze swoich pięknych kamienic na starówce, bo Geniusz Karpat uznał, że tam gdzie
kiedyś była dzielnica nazbyt burgeois lepiej
postawić monstrualny pomnik swej władzy. (Zdarzało się, że mieszkańcy starówki
popełniali samobójstwo, wybierając jeszcze radykalniejszą przeprowadzkę).W imię
solidarności z cerkwiami, które musiały się przeprowadzić, choć budynki na ogół
tego nie robią. W imię solidarności z cerkwiami, kościołami, synagogami, które najzwyczajniej
w świecie zrównano z ziemią.
Niemal wszystkie materiały
pochodzą z Rumunii, można więc powiedzieć, że cały lud budował Pałac i nie jest
to tylko metafora. Marmury z Transylwanii, dywany tkane w Sigishoarze,
kryształy z Medias, jedwabne zasłony z brokatowymi zdobieniami, które są owocem
wieloletniej pracy mniszek z Mołdawii. Budynek zwiedzałam ze znajomą Rumunką,
która do burzenia starówki ma taki stosunek jak ja, ale mimo to uległa pewnemu…wzruszeniu?
„To tak jakby każdy się przyczynił do powstania tego budynku, szkoda, że nie
każdy Rumun miał szanse tu być”. Trzeba przyznać, że chyba jest coś ładnego w
tym wszystkim, no przynajmniej imponującego. W monumentalnej, wysokiej sali
czujesz, że w sumie chciałbyś … wydać tu bal na tysiąc par!
Od strony, gdzie wchodzi się do
części udostępnionej zwiedzających jest średniej wielkości park. Drzewa są
rachityczne, a trawa żółta od słońca. W gorący dzień robi to wrażenie jakiejś upiornej
pustyni, tak jakby wielki budynek miał podziemne korzenie, które wypijają soki
z całej okolicy i nic tak naprawdę nie może rosnąć. Stoi tam plac zabaw, ale
mnie się wydaje że bardziej naturalne byłoby spotkanie tam jakiegoś
nieszczęśliwego ducha, niż roześmianego dziecka.
W czasie wycieczki po Parlamencie
wychodzi się na taras, skąd rozpościera się imponujący widok na długą wstęgę
ulicy z zespołem fontann. Ceauşescu chciał stamtąd przemawiać do ludu, ale nim
było to możliwe stracił władzę i życie w wyniku wydarzeń grudnia 1989.
Pierwszą osobą, która przemawiała
stamtąd był … Michael Jackson. Kiedy zwiedzał Parlament, tłum fanów zgromadził
się u stóp Pałacu. Michael powiedział:
Dzień dobry, BUDAPESZCIE!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



