piątek, 7 września 2012

mężczyzna z wagą

Postanowiłam pójść na piechotę z pracy do domu, zamiast jak zwykle metrem. Trochę nie do końca doszłam tam gdzie chciałam, ale to nawet dobrze, ponieważ dzięki temu zobaczyłam coś, co przebiło naprawiczy zamków błyskawicznych.

Pan z fizjonomii i zmęcznia życiem przypominał trochę Michela Houellebecqa. Siedział na krzesełku, a obok stała waga, taka stara lekarska, która ma też miarkę do mierzenia wzrostu. No więc pan był... no czym był? Brombą chyba.

W okolicy oprócz poznania wzrostu i wagi można było jeszcze kupić ryby (jedna skrzynka, ryby, lód), salate, rodzkiewki, cukinie, skarpetki biale oraz czekolady niemieckie sprzedawane w promocji jeśli kupi się trzy sztuki.

poniedziałek, 3 września 2012

czuj się jak u siebie w domu, tylko bardziej


Zaczyna się jak zawsze, od małego świata. Koleżanka ze studiów poznała dziewczynę z Rumunii na letniej szkole w Krakowie. Ja bezczelnie powołując się na tę znajomość zażądałam anegdotek o mieście przy wspólnej lemoniadzie. N. okazała się wspaniałą przewodniczką i po dwóch spotkaniach zdążyłam się nawet stęsknić, kiedy wyjechała na wieś do babci, a potem do Wiednia.

N. zadzwoniła z zaproszeniem na „małe spotkanie” w nowym mieszkaniu, gdzie właśnie wprowadziła się z siostrą i „nawet jeszcze nie ma wszystkich mebli”, ale „będzie tak miło” jeśli wpadnę. Miało być tylko parę innych osób i „nie, nie, nic nie przynoś”. Najpierw miałyśmy się spotkać o 14, potem przełożyła na 17. „Ale nie martw się jakbyśmy się zasiedziały to moja mama Cie odwiezie”. „Bez przesady” pomyślałam i jednocześnie „jak miło”, i te dwie myśli towarzyszyły mi już cały wieczór. Bowiem coś co wyobrażałam sobie jako niezobowiązujące spotkanie paru osób przy winie, którym nawet współczułam, że będą musiały owe osoby po angielsku zamiast po rumuńsku rozmawiać, okazało się ucztą prawdziwą, przy białym obrusie i świeczkach. Ale po kolei.

Ostatecznie byłam tylko ja, N., jej siostra, koleżanka, którą poznałam już wcześniej, a na zapleczu i tylko przez moment z nami – mama N., królowa kuchni, mistrzyni aprowizacji, pani drugiego planu, a no koniec i szofer. Najpierw była domowa wiśnióweczka na trawienie a potem najtrudniejsze pytanie świata czyli wybór między białym a czerwonym winem. Następnie na stół wjechały przysmaki w dużej części przywiezione przez mamę N. samochodem, z domu, bo kuchnie w nowym miejscu zamontowali dopiero noc wcześniej. Tradycyjne wędliny i salami ( „z Twojego ulubionego Sibiu”), równie tradycyjny ser w asyście oliwek i ogórków, sałatka z buraczków z chrzanem („bo podobne jadłam w Polsce”), pieczarki nadziewane, zapiekane, papryka nadziewana serkiem ze szczypiorkiem i cebulką i (mój faworyt) pomidor nadziewany bakłażanem.

I najlepsze w tym jest to, że to były przystawki. Mama zniknęła przywieźć dostawę, a my oglądałyśmy zdjęcia z Wiednia, secesyjne widoczki popijając winem.

Głównym daniem był kotlecik do złudzenia przypominający polski schabowy, fenomenalne puree i genialna sałatka z podsmażonej papryki. A gwoździem programu  deser – owoce, dwa domowe ciasta i kokosowe lody (te ostatnie kupione, ufffffffffff), na popitkę i do toastu – szampan. Było za co pić, bo nowe mieszkanie, i jak się okazało, za urodziny N., które były trzy dni temu. Ale co tu dużo mówić, jak powiedziała D.  (siostra) – to Ty, Marta jesteś gwiazdą wieczoru, to dla Ciebie cała ta tradycja, prosimy zobacz, spróbuj.

Oczywiście byłam wręcz wzruszona, ale jednocześnie nie było w tym nic sztucznego czy krępującego. Serdeczność była wielka i prawdziwa, atmosfera domowa, rozmowa swobodna. Słuchaczki tak wdzięczne, że na proste pytanie „czy wy tam w Polsce jesteście tacy religijni?” zamiast skromnie spuścić oczy, odpowiedziałam całym wykładem o różnicy między miastem a wsią, kościołem łagiewnickim i kościołem toruńskim. Do tego wszystkiego nasłuchałam się tylu pozytywnych opinii o Polsce i Polakach, że musiałam opowiedzieć o paru negatywnych stereotypach dla zachowania kosmicznej równowagi.

Gadałyśmy tak do pierwszej prawie, mama N. odwiozła mnie pod sam blok i odprowadziła do drzwi na wypadek gdyby na trzech metrach napadła mnie sfora psów albo nie wiem co. Jeszcze nigdy nie żałowałam tak bardzo, że nic poza „dziękuje” nie powiem po rumuńsku i nigdy tak serdecznie nie ucałowałam w oba policzki, osoby parę godzin wcześniej całkiem obcej.

sobota, 1 września 2012

z informacji przydatnych: gdzie naprawić zamek błyskawiczny


Drobny handel i rzemiosło.
Może usługi? Rzemiosło brzmi okrutnie staroświecko.
Ale może właśnie takie to jest?

Ulicą Constantin Rădulescu – Motru (filozof, socjolog, psycholog, dramatopisarz, polityk i kto wie co jeszcze) idę do metra. Po drodze jest mój ukochany targ z warzywami i owocami, ale nim się do niego dojdzie trzeba lawirować między gęsto ustawionymi samochodami i … sprzedającymi. Czasem to jest tylko babcia, krzesełko i parę pęczków pietruszki. Czasem jeszcze siatka z orzechami włoskimi i czarne od nich ręce. Pan w wieku średnim ma stragan w bagażniku samochodu, raz pomidory raz papryka. Jest jeszcze bardziej profesjonalna budka z arbuzami i bandą znudzonych smarkaczy. I pan, który naprawia klucze. Ma stanowisko z daszkiem zaraz przy wejściu na targ. 

Po drodze jeszcze dwie stateczne panie (chustki na głowie) z kwiatami, choć niedaleko jest kwiaciarnia. Przy wejściu do metra, na murku, zawsze coś innego. A to orzechy, a to koszule, a to para znoszonych butów, czasem książki. Książki z resztą wpędzają mnie w depresję. Gdybym tylko znała rumuński! Na każdym rogu ktoś czeka z literaturą, i oprócz zwyczajowych harlequinów mnóstwo tam europejskiej klasyki. Raz wpadł mi w oczy „Profesor Wilczur”. Międzynarodowa kariera Dołęgi-Mostowicza jest chyba jednym z wielkich nieobecnych w dyskusji o polskiej literaturze zagranicą. 

W blokach które się kłębią wokół stacji metra Obor wyjątkowo często psują się zamki błyskawiczne. Tak przynajmniej tłumaczyć można fakt, że zaraz przy wejściu z metra (mijamy tylko pana głośno zachwalającego skarpetki białe „marki” adidas i dwie małe kwiaciarnie), stoją aż trzy stanowiska naprawiaczy zamków. Składają się one z 1)naprawiacza płci męskiej 2)stolika 3)krzesełka 4)pudełka z zamkami. Nie sprawdzałam, ale obawiam się że na tak małej przestrzeni musi istnieć zmowa cenowa.

No i jest wreszcie pan w słomkowym kapeluszu i okularach, który pojawia się tylko raz na jakiś czas. Zawsze mam nadzieję, że dzisiaj będzie, choć nawet nie wiem dokładnie jak wygląda jego twarz. Coś jest w nim takiego, że nie chciałabym zawracać mu głowy bez jasnej intencji zakupu.

Rozkłada swój mały stolik w zacienionym miejscu, między dwoma kioskami i za przystankiem autobusowym. Sprzedaje jeden typ kolczyków (w kolorze złotym lub srebrnym), pierścionki, łańcuszki i okulary. Zawsze albo go nie ma (ale czuć, że czuwa) albo ma czymś zajęte ręce.

środa, 29 sierpnia 2012

trochę rumuńskiej mądrości ludowej u progu jesieni (?)


Dziewczyna z Piteszti

-Ej różyczko ty z Piteszti,
pięknaś, wiesz ty?
Białaś, wiesz ty?
Jak ty żyjesz powiedz przecie!


-Dobrze żyć mi na tym świecie,
bo każdemu kogo spotkam,
buzi daje bom ja słodka.
O kochaniu mówie z cicha
i nikogo nie odpycham.

Ej różyczko ty z Piteszti 
pięknaś, wiesz ty?
Białaś, wiesz ty?

Czy nie boisz się starości?

Będę stara, będę pościć.
Ale pókiem młoda jeszcze,

niech ja się z wszystkimi pieszczę.
Boć jednego kochać - gorzej
bo ten jeden odejść może.

Ps. Przekład: J. Ficowski

wtorek, 28 sierpnia 2012

gdzie jest Warszawa?


Te dzielnice polecała zwiedzić znajoma znajomej, bo ładne wille. Potem popatrzyłam na mapę i trochę jakbym zobaczyła Saską Kępę, tylko zamiast nazw państw ulice nazwano jak miasta. Ale z jaką fantazją! Jakiś geniusz w tym nazywaniu postanowił nagiąć racje geografii wg tylko mu znanego klucza. Tak więc z Brazylijskiej można przejść do Brukseli, z Brukseli do Waszyngtonu, a to już tylko krok do Rzymu. Na dodatek wśród ocienionych willi wiele jest ambasad, które sobie nic nie robią z tego w jakim są mieście. Ambasada Portugalii bezczelnie stoi na Paryskiej, a Norwegii na Ateńskiej. 


Ja postanowiłam zobaczyć jak wygląda Warszawska. Rano spojrzałam na mapę, ale nie wzięłam jej ze sobą. Jako że cierpię na zdiagnozowany przez znajomych debilizm topograficzny, po południu pamiętałam tylko że mam skręcić nie tam gdzie jest park i że w tej geografii jak z Alicji w Krainie Czarów, Warszawska jest jakoś niedaleko Londyńskiej, tylko gdzie jest Londyńska? Błądziłam więc sobie troszeczkę wśród zacisznej secesji i im dłużej kluczyłam, tym podobało mi się to bardziej. Zrozumiałam, że już za mocno okrzepłam w tym mieście, że przyzwyczajenie dało mi złudne poczucie swojskości, tymczasem ciągle jestem tylko głupim turystą i zza rogu wyziera na mnie nowe i inne.


Wreszcie Warszawska znalazła się sama. Jest mała i przytulna, secesje godzi z modernizmem, w najładniejszym budynku jest klinika dentystyczna. Ku potencjalnej uciesze rodaków dodam, że krzyżuje się nie tylko z Londyńską, ale i Paryską!



poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Cyrk must go on!


21 sierpnia rumuński Trybunał Konstytucyjny uznał referendum, które miało zdjąć z urzędu prezydenta Basescu, za nieważne ze względu na niespełnienie wymogu frekwencji. Prezydent wróci więc do sprawowania obowiązków. Premier uznał, że głosowanie w trybunale było polityczne a jego wyrok niezgodny z wymogami demokracji i wolą Rumunów, ale nie może zrobić nic innego niż podporządkować się decyzji trybunału. W trakcie i po głosowaniu odbyły się protesty przeciw prezydentowi Basescu.

Wśród sześciu sędziów głosujących za unieważnieniem referendum, znalazła się sędzina Aspazia Cojocaru nominowana przez PSD – partię, z której wywodzi się premier. Sędzina ostro zareagowała na potępiające wypowiedzi członków koalicji rządzącej – „Jeśli nie było wystarczającej frekwencji, co mogłam zrobić?  Spytajcie moich studentów, jeśli ktokolwiek powie inaczej, dajcie mi znać. Gdzie jest problem, skoro nie było frekwencji? Nie chce iść do więzienia, nie wolno łamać prawa! Co to znaczy gdy pan Predescu [jeden z trzech sędziów, który uznał referendum za wiążące] mówi, że „walczyliśmy ze wszystkich sił”? Niech walczy dalej sam, ja nie będę łamać prawa!”  

Komisja Europejska oraz Europejska Partia Ludowa wezwały do podporządkowania się decyzji trybunału i wyraziły nadzieje, że kryzys polityczny się zakończy. Leja minimalnie umocniła się w stosunku do euro.


Nikt jednak nie spodziewa się, że prezydent i rząd zaczną współpracować w pełnej harmonii. Listopadowe wybory do parlamentu z pewnością zaostrzą polityczną walkę. Mandat prezydenta wygasa dopiero w 2014 roku.

źródła:
http://www.nineoclock.ro/traian-basescu-returns-to-office-after-referendum-invalidated/
http://www.economist.com/node/21560922


niedziela, 26 sierpnia 2012

nie chciałabym wyciągać zbyt daleko idących wniosków, ale...


Wynajmuje przyjemne mieszkanie w szkaradnym bloczku, który stoi wśród innych szkaradnych bloczków przypominając o upiornym pokrewieństwie tego typu budownictwa w całej Europie. Bloczek ma standardowe skrzynki pocztowe, tablice ogłoszeń i zsyp. Oraz ławkę z babciami przy wejściu, którym grzecznie mówię dzień dobry (niemalże wyczerpując tym samym moją znajomość rumuńskiego).

Pytam wczoraj dziewczyny, od której to mieszkanie wynajmuję czy może mi dać kluczyk do skrzynki na listy. A ona to że nie ma kluczyka, że po prostu otwarte jest.

Zdębiałam.

Na co ona: no ale przecież co tam może być, rachunki i reklamy.

Racja, rachunki i reklamy. I pocztówka dla mnie z Berlina. Kilka słów od przyjaciółki. Uśmiech, którym po prostu nikt poza mną nie był zainteresowany.